Okiem Mamy: Dobre owoce

Niedziela, godzina 20.53. Udało mi się wymknąć na ostatnią Eucharystię. Na dworze cisza, spokój, wspaniałe rzeźkie powietrze.

Po weekendowym kołowrotku już prawie zwątpiłam, że to będzie możliwie. Organizowanie świata czwórki małych ludzi: zaspokajanie ich potrzeb niższego i wyższego rzędu, konieczności fizycznych i psychicznych, wyjaśnianie, uzasadnianie, rozwiązywanie problemów, sporów, łagodzenie cierpienia fizycznego i bólu istnienia, zarządzanie czasem wolnym i podziałem obowiązków. Wydaje mi się, że tak się staram, uczę się świata małego człowieka, czytam, chodzę na szkolenia, modlę się za nich, a owoce…takie jak w niedzielnym czytaniu:

„Przyjaciel mój miał winnicę na żyznym pagórku. Otóż okopał ją i oczyścił z kamieni i zasadził w niej szlachetną winorośl; pośrodku niej zbudował wieżę, także i tłocznię w niej wykuł. I spodziewał się, że wyda winogrona, lecz ona cierpkie wydała jagody” (Iz 5,1-7). Skąd ja to znam – pomyślałam – Budujemy nasz dom, rodzinę, troszczymy się, pielęgnujemy co dobre, naprawiamy usterki, a owoce często kwaśne…

To najlepsze słowo, które mogłam dziś usłyszeć i które określa kłótnie dzieci, ich płacz, niezadowolenie, frustracje. Dlaczego? Odpowiedzi udzielił Ksiądz Darek na ostatniej wieczornej homilii. To pustka, która jest w człowieku przez grzech pierworodny, przeszkadza nam wydawać dobre owoce.

Czasami chcemy zrobić coś dobrego, ale nam to nie wychodzi.

Czasem wydaje nam się, że robimy coś dobrze, a druga osoba odbiera to inaczej.
Bóg daje nam często tak wiele szans, okazji, możliwości. A jak długo musi czekać, żeby owocami naszych działań były wingorona zamiast cierpkich jagód?  On czeka cierpliwie, czasem przez wiele lat.  Mój Ojciec Bóg uczy mnie pokory
i wytrwałości w wychowaniu moich dzieci i czekaniu na dobry plon.

(Ola)